Loading...

Porządek Adoracji


 

 PORZĄDEK  WIECZYSTEJ  ADORACJI  NAJŚWIĘTSZEGO  SAKRAMENTU  W  PARAFII  NAWIEDZENIA N.M.P.  W  JASTRZĘBIU.

CZWARTEK  14.05.2026 r.

GODZINA          

18.MSZA ŚW. I NABOŻEŃSTWO MAJOWE

DZIECI I RODZICE PRZYGOTOWUJĄCY SIĘ DO I KOMUNII ŚW.

19-20. – KANDYDACI DO BIERZMOWANIA

20-21. – STRAŻACY, KOŁA GOSPODYŃ WIEJSKICH.

21.-22. – SOBIESIERZNO

22.-23. – DZIERŻNO

23.-24. - GORTATOWO

24.-1.   - JASTRZĘBIE - od szosy do remizy.

1.-2.     - JASTRZĘBIE - pozostali.

2.-3.     - KOMOROWO - strona lewa.

3.-4.     - KOMOROWO - strona prawa.

4.-5.     - BACHORZ

5.-6.     - PRZYDATKI

6.-7.     - SKROBACJA

7.-8.     - GOŁKÓWKO

8-9.     -SOKOŁOWO.

9.-10.  – ŻYWY RÓŻANIEC Z SOBIESIERZNA

10.-11. – ŻYWY RÓŻANIEC Z GOŁKÓWKA

11.-12. – ŻYWY RÓŻANIEC Z BACHORZA

12.-13.   – ŻYWY RÓŻANIEC Z JASTRZĘBIA

13.-14.  – ŻYWY RÓŻANIEC GORTATOWA

14.-15. – ŻYWY RÓŻANIEC Z PRZYDATEK

15.-16. – ŻYWY RÓŻANIEC Z KOMOROWA

 

 


Wyrok

Nic w moim życiu nie zapowiadało takiego rozwoju wypadków. Urodziłam się jako okaz zdrowia. Od dzieciństwa zabawy w ruchu z chłopakami wciągały mnie znacznie bardziej niż „dziewczyńskie” scenariusze wcielane w życie ulubionych lalek. Lalki miałam ze dwie i nie bardzo pamiętam do czego służyły. Natomiast podarowana mi przez Dziadka (miałam wtedy pewnie ze 3 lata) pluszowa żyrafa świetnie udawała konia, na którym galopowałam – chyba raczej w wyobraźni z racji na niewielki metraż naszego mieszkanka. Na podwórku było lepiej. Konia udawał zwykły patyk i w galopie można było się rozwinąć. Inną ulubioną zabawą było uganianie się z kolegami po piaskowych wydmach toruńskich Kozackich Gór jako „czterej pancerni i pies”. I bynajmniej nie byłam psem. W pewnym momencie zaczęła się przygoda ze sportem, która trwała od VI klasy podstawówki do III roku studiów. Kilka miesięcy lekkoatletyki, której treningi śmiertelnie mnie nudziły, a potem już cały czas byłam wierna koszykówce.

I nagle coś pękło… Zaczęły się jakieś dziwne zdrowotne niedomagania, które po ok 2 latach koszmaru niepewności doprowadziły do diagnozy stwardnienia rozsianego.

Paralityk

Zaczęło się wchodzenie w zupełnie nowy i inny świat. Etapy drogi wyznaczały swego rodzaju atrybuty stopnia niepełnosprawności. Można powiedzieć, że zaliczyłam wszystkie: laska, kule, wózek, łóżko… Teraz piszę o tym z dużym dystansem, ot tak, jakbym opisywała drobne fakty bez zbytniego znaczenia. Ale kiedy patrzę na te cztery słowa, niczym nie wybijające się spośród innych na ekranie komputera, mam w sobie świdrujące odczucie dramatów i bólu, które przeżywałam kiedy miałam pierwszy raz pomóc sobie laską; kiedy miałam chwycić kulę i pierwszy raz pójść z nią do pracy czy pokazać się rodzicom; kiedy znajoma przywiozła mi do domu wózek, żebym „miała go w razie potrzeby”; kiedy sanitariusze przywieźli mnie ze szpitala karetką i położyli bezwładną na łóżku. Pierwsza myśl, która zwaliła się wtedy na mnie jak wielki, przygniatający głaz – teraz już tak zostanie, to już na zawsze… Przerażająca duszność i niemożność samodzielnego zrobienia czegokolwiek. Odczucie tamtej sytuacji jest we mnie nadal tak żywe jakby to było przed chwilą…

Pisząc przechodzę znowu tę drogę… Koleżanka, której mama chorowała na SM zaczęła mi w pewnym momencie doradzać kupienie laski. Widziała co się ze mną dzieje. Sama – towarzysząc swojej mamie w jej zmaganiach z chorobą – była o parę ładnych kroków „do przodu” czyli na etapie wózka inwalidzkiego. Dałam się jej w końcu zaprowadzić do sklepu i wyszłam z niego z laską. Koleżanka poszła do domu, a ja zostałam z tą laską na przystanku autobusowym. Było ciemno, padał deszcz, na przystanku pełno ludzi wracających z pracy czy z zakupów. Nikt nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi, a mnie się zdawało, że wszyscy się na mnie gapią. W moim sercu i w myślach cały świat wirował wokół tej nieszczęsnej laski. Chudy, zakrzywiony patyk – znak pierwszej, bolesnej przegranej z chorobą. Jest zupełnie naturalną sprawą, kiedy laski używa staruszka. Dla dwudziestokilkuletniej dziewczyny to stygmat postępującego niedołęstwa. Już dawno zaczęło się rozstawanie ze sprężystością i siłą mojego ciała, z powodami do dumy, że sprytnie weszłam pod kosz i zdobyłam punkty lewym hakiem, że biegam szybciej niż inne dziewczyny z drużyny, a moja energiczna walka o piłkę przynosi nam punkty. Po czasie niepewności, po usłyszeniu wreszcie diagnozy, na tym przystanku rozgrywał się kolejny mój prywatny koniec świata. Patrząc na to, co nastąpiło później, mimo wszystko dość „lightowy”.

Pierwsza wyprawa z kulą do pracy – jak łatwo się domyśleć – też była cała nastawiona na zatuszowanie powagi sytuacji. Okazja nadarzyła się już przy samym wejściu. Kolega nie bardzo jeszcze wtajemniczony w sprawę mojej choroby, widząc mnie podpierającą się kulą krzyknął wbiegając do Instytutu – „Pamiątka po nartach?”. Odkrzyknęłam równie energicznie, acz lekceważąco – „Tak, drobna kontuzja.”. Pamiętam każdą sekundę tej sytuacji. Przewija się w mojej głowie jak wolno następujące po sobie kadry filmu. Zostałam z pytaniem: Jak ja się wykręcę z tego kłamstwa? Przecież za chwilę wszyscy będą wiedzieli…

I tak dalej, i tak dalej… Długo mogłabym pisać o całej tej drodze i jej zmaganiach. Z nadrabianiem na zewnątrz miną, że wszystko jest ok, że świetnie sobie radzę, że jestem silna. A w środku wstyd przed okazaniem słabości – szczególnie wobec najbliższych, bronienie się ze wszystkich sił przed przyjęciem od nich pomocy. Co? – ja sobie nie radzę? Ja sobie świetnie radzę. To wy nie potraficie sobie poradzić z uznaniem faktu mojej choroby i po prostu do niego się dostosować.

Ze wszystkiego można próbować robić „demonstrację siły”. Jak siły uszły, to można ją zrobić ze sposobu radzenia sobie ze słabością. Takie „wymachiwanie szabelką”, jakąkolwiek formę by przyjęło, gdzieś w końcu napotka na kres swoich możliwości, wyczerpie się. Znajdzie się w końcu taki „katalizator”, który „składanie broni” i poddawanie się wobec życiowych przeciwności i cierpień uczyni drogą dojrzewania, uznawania, że wszelka moc, każdy oddech z Boga jest a nie z nas. Że jeżeli cokolwiek mogę, to jedynie w Tym, który mnie umacnia. Że prawda o mnie jest podobna do tego co mówi Duch do Kościoła w Laodycei:

 Ty bowiem mówisz: „Jestem bogaty” i „wzbogaciłem się”, i „niczego mi nie potrzeba”,
a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny, i ślepy, i nagi.
Radzę ci nabyć u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił,
i białe szaty, abyś się przyodział, i by nie ujawniła się haniebna twa nagość,
oraz balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział.
Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę.
Bądź więc gorliwy i nawróć się!
(…) Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na moim tronie,
jak i Ja zwyciężyłem i zasiadłem z mym Ojcem na Jego tronie.
Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów.
” (Ap 3,18-22)
Tyle, że zwycięzca – tu na tej ziemi – może póki co wyglądać raczej na przegranego, a zanim Ojciec zaprosi go na „tron chwały” w wieczności, zaprosi go na „królewską drogę Krzyża”, oczyści jak złoto w tyglu….

Przyszedł w końcu – trwający kilka lat – czas, kiedy poruszałam się na wózku. Po okresie buntu przed kolejną kapitulacją przyszedł dzień – dobrze go pamiętam – kiedy podjęłam decyzję, że zamiast w bezmiernym smutku siedzieć uwięziona w domu, zacznę tego wózka używać, żeby móc od nowa uczestniczyć w życiu. Był w tej decyzji wreszcie jakiś przejaw dostrzegania, że choroba nie musi przynieść wyłącznie cierpienia. Że mimo niej, czy raczej także z nią, mogę jak dawniej cieszyć się życiem, zwyczajnie funkcjonować w gronie przyjaciół i znajomych, a choroba nie musi odebrać mi uśmiechu. Już wcześniej mówiłam, że tak jest, ale dopiero na tym etapie moje słowa zaczynały mieć coś wspólnego z życiem. Dzięki wózkowi i pomocy ludzi mogłam na nowo prowadzić bardzo aktywne życie. Był to też czas jakiejś nowej „wiosny ducha”, podjęcia na nowo i świadomie drogi nawrócenia oraz szukania wspólnoty, która na tej drodze mogłaby mnie umacniać. Taki duchowy dom znalazłam w końcu we wspólnocie św. Józef w WŻCH (Wspólnoty Życia Chrześcijańskiego).

Tak więc zaczęło mi świtać, że choroba – oprócz tego, że zrujnowała moje dotychczasowe życie i plany – została mi też zadana. Dotarło do mnie, że skoro zbieram te bolesne doświadczenia choroby i niepełnosprawności na swój użytek, to mogę wykorzystać je także na użytek innych, którzy przeżywają podobne do moich zmagania. Zaangażowałam się w organizowanie powstającego w tamtym czasie Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego, w tworzenie w Warszawie systemu transportu dla osób niepełnosprawnych i w wiele innych działań samopomocowych. Miały one za zadanie wyciąganie osób z różnymi niepełnosprawnościami z dosłownej „czarnej dziury” zapomnienia czy raczej zepchnięcia poza margines życia. W końcówce lat 80-tych i w okresie 90-tych rozbrajaliśmy bariery, tak mentalne jak i fizyczne, które teraz – przynajmniej w ogromnej mierze – należą do historii, albo przynajmniej jest wokół nich całkiem inna niż wtedy świadomość społeczna.

We wrześniu 1995 roku byłam na zjeździe Światowej Federacji Towarzystw Stwardnienia Rozsianego w Jerozolimie. Dane mi było postawić stopy, a raczej mówiąc dosłownie koła wózka, na ziemi, po której chodził Jezus. Choć kiedy nadarzyła się spokojna chwila nad brzegiem Jeziora Galilejskiego, symbolicznie i stopą tej Jezusowej ziemi dotknęłam. Wróciłam z Jerozolimy w fatalnym stanie fizycznym. Niecały miesiąc później wylądowałam w szpitalu, gdzie po kilku godzinach przewieziono mnie na reanimację. Dusiłam się, poziom tlenu we krwi był niepokojąco niski, nie mogłam mówić ani wykonać najmniejszego ruchu. Najgorsza z tego „zestawu” była przerażająca duszność. Zaczął się czas balansowania na granicy życia i śmierci. Lęku, że dusząc się zapadam się jakby w ciemną czeluść, z której nie sposób będzie wezwać pomocy. Moi bliscy kilka razy wychodzili ze szpitala wieczorem, wiedząc od lekarzy, że rano mogą mnie już nie zastać żywej. W krytycznych momentach byli wzywani do szpitala. Dostawali od lekarzy komunikaty, że przyjdzie taka chwila, kiedy będą musieli podjąć decyzję o odłączeniu mnie od aparatury sztucznie podtrzymującej moje życie. Dwie rzeczy dawały mi w tym okresie siłę przetrwania – drobinki Ciała Pana Jezusa, które przyjmowałam w Komunii św. (choć bywało i tak, że nawet najmniejszego okruszka nie byłam w stanie przełknąć) i obecność przy mnie kogoś bliskiego. Pół roku przeżyłam w szpitalu doświadczając ogromnych wysiłków ze strony lekarzy starających się mnie ratować i ich zupełnej bezradności względem tego, co się ze mną działo. Czas mierzyłam od jednej zapaści do drugiej. Kiedy sytuacja stała się nieco stabilniejsza, zostałam wreszcie wypisana do domu i tam nastąpiło to trudne „zderzenie” z łóżkiem, o którym wspomniałam na początku mojego świadectwa. Świat znowu runął…. Obok łóżka butla z tlenem. Opieka potrzebna 24 godziny na dobę. Bez pomocy nie mogłam wykonać najdrobniejszej czynności. Trzeba było mnie karmić, myć, przekładać z boku na bok. Czasem z powodu słabnącego oddechu byłam w stanie mówić jedynie szeptem, a „zwykłe” trudności z oddychaniem zamieniały się w przerażającą duszność. Mimo przyjmowanych co 8 godzin silnych leków, „usztywniała” mnie ogromna spastyczność. Pierwszy rok w tym stanie to była totalna noc i ciemność. To jakby żałoba po wszystkim co w życiu kochałam, w czym znajdowałam radość. Póki byłam w szpitalu, podświadomie łudziłam się tymczasowością tego stanu. W domu wyrok stał się nieodwołalny.

Przynieśli paralityka i spuścili go wraz z łożem przed Jezusa (Łk 5, 17 – 26)

Przez rok życia na leżąco, Pan Jezus prowadził mnie do czegoś, co teraz określiłabym najbardziej życiodajną kapitulacją. Prowadził mnie do niej przez ciemności i przez bolesne straty, przez totalne duchowe i fizyczne niemożności, przez obezwładniającą bezradność. Droga ta – niczym pielgrzymka – miała swoje etapy, ale mniejsza o szczegóły. Byłam niesiona przez innych jak paralityk z Ewangelii. Niesiona ich wiarą, ich modlitwą, ich byciem przy mnie, ich codzienną troską. Byłam niesiona do Jezusa, ale też przez Jezusa. To On jest tym najważniejszym „niosącym” człowieka. On nigdy nie zostawia nas samym sobie. Moim zadaniem w tej „podróży” było dać się nieść, albo inaczej mówiąc przyjmować, to co niosło życie. Chciałoby się powiedzieć – po prostu dać się nieść. Nie mówimy jednak o bierności będącej jedynie swego rodzaju życiowym wygodnictwem. Chodzi o bierność, która jest obumieraniem. Przed taką biernością natura broni się ze wszystkich sił. Ale to właśnie tu jest życie.

Zatem kolejny etap drogi rozpoczął się we wrześniu 1996 roku. W przenośni można powiedzieć, że do dźwigania moich noszy dołączyli kolejni zmiennicy. Byli oni z Seminarium Duchownego w Toruniu i z Karmelu w Łasinie. Dla mnie to, co się wtedy stało graniczyło z cudem. Od tego czasu, przez przeszło 3 lata, czyli do zupełnie nieoczekiwanego końca mojej choroby, codziennie mogłam przyjmować Komunię św., systematycznie co dwa tygodnie przystępować do spowiedzi połączonej z kierownictwem duchowym, w każdą niedzielę uczestniczyć w odprawianej w moim pokoju Mszy św. Pragnęłam i prosiłam Jezusa o znacznie mniej, a dostałam według miary Bożego Miłosierdzia, czyli kolosalnie ponad wszelką miarę….

Ówczesny ojciec duchowny toruńskiego Seminarium ks. Józef Szamocki (obecnie Biskup Pomocniczy Diecezji Toruńskiej) miał kontakt z łasińskim Karmelem. Dzięki niemu poznałam siostry, ale też zaczęłam pomału dotykać duchowości Karmelu, szczególnie przez św. Jana od Krzyża. Zaczęłam odkrywać, że uziemienie przez chorobę w łóżku może być w pewnym sensie odpowiedzią Jezusa na moje intensywne dobijanie się do rozpoznania mojego powołania. Oczywiście nie w chorobie jako takiej odkrywałam to powołanie, ale w modlitwie, dla której moja sytuacja nie stanowiła najmniejszej bariery, którą nie opuszczając łóżka ani czterech ścian pokoju, mogłam otoczyć każdego i wszędzie. Przez całe życie, do ostatniego niemal dnia etapu wózka, byłam nastawiona na działanie. Tak mnie po prostu Pan Bóg stworzył i ukształtował. I nagle odebrał mi wszelkie możliwości zrobienia czegokolwiek. Z jednej strony ciągle się przeciw temu buntowałam, a z drugiej odkrywałam coraz to nowe przestrzenie, które przede mną otwierał. 26 sierpnia 1998 roku, za pozwoleniem Ojca Generała Kamila Macisse, który dyspensował mnie od przejścia przez zwykłe etapy formacji, złożyłam w Karmelu w Łasinie ślubu wieczyste Świeckiego Zakonu Karmelitańskiego. Wydawało mi się, że dotarłam do przystani, która jest przypieczętowaniem mojego powołania. Jednak kilka miesięcy później ojciec Józef zapytał mnie czy chciałabym, żeby do nowenny, którą klerycy będą odprawiali za wstawiennictwem swojego Patrona, Ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego dołączyć prośbę o moje uzdrowienie. To był jakiś paradoks, że w czasie, kiedy poczułam się tak wewnętrznie „w domu”, kiedy patrząc na wszystkie etapy mojej choroby byłam z nią najbardziej pogodzona, przyszła propozycja, żeby prosić o łaskę uzdrowienia. Była w tej propozycji jakaś taka zdumiewająca oczywistość, że zgodziłam się niemal automatycznie.

Od kilku miesięcy na szafce przy moim łóżku leżała świeżo wydana książka Krystyny Podlaszewskiej o Słudze Bożym Ks. Stefanie Wincentym Frelichowskim. Zupełnie nie miałam ochoty do niej sięgnąć. Nic nie wiedziałam o życiu ks. Frelichowskiego poza tym, że był w obozie koncentracyjnym i zmarł tam zarażony tyfusem. Nie miałam jakoś gotowości konfrontować się z obozowymi męczarniami Wicka i Jego współtowarzyszy…

Odpuszczają ci się twoje grzechy

W trzecim dniu nowenny, duchowa walka, która toczyła się we mnie od jej początku ucichła i nastała głęboka cisza po tym jak przez ręce kapłana przyszedł Jezus obecny w Sakramentach. Po wyjściu księdza, mama nakarmiła mnie i przełożyła na bok, żebym odpoczęła. I wtedy w lekkim powiewie, delikatnym, ale mimo to stanowczym przyszedł Pan. Ciche słowa w sercu: spróbuj ruszyć nogą. Moje targowanie się z nimi, że przecież jeszcze chwilę temu, kiedy mama mnie przekładała nie mogłam niczym ruszyć, że trwa nowenna i to po prostu pewnie sugestia. Ten wewnętrzny głos był z jednej strony bardzo stanowczy, a jednocześnie był samą łagodnością, pokojem, dotknięciem miłości. Poddałam się i jaka to była błogosławiona kapitulacja… Spróbowałam ruszyć nogą, potem drugą, usiadłam…. Wszystkie objawy choroby ustąpiły w jednym momencie. Po latach leżenia nie miałam prawie mięśni i nad tym musiałam popracować, to wymagało czasu. Ale choroby nie było od zaraz. Potem była jeszcze próba ufności przy odstawianiu leków, zmaganie się o odwagę, żeby bez asekuracji drugiej osoby wyjść na dwór, żeby po latach zależności od innych stanąć mentalnie na własnych nogach. To wszystko było piękne, pełne głębokiej radości tak dla mnie jak i dla moich bliskich, choć w wielu aspektach nie było łatwe. Teraz tu był dla mnie inny i nowy świat, nie we wszystkim oczywisty. Znowu się go trzeba było uczyć. Ale w tę stronę nauka szła mi jednak dużo szybciej…

Wracając do samej chwili uzdrowienia – po kilkunastu minutach próbowania, czy to, że mogę się ruszać trwa – zawołałam Mamę, która odpoczywała w drugim pokoju. Ze wzruszeniem odmówiłyśmy razem Magnificat, a pierwsza moja myśl była: no, teraz to chyba trzeba będzie zaprzyjaźnić się z tym Wickiem… Teraz wreszcie zaintrygowało mnie kim był ten człowiek, dzięki któremu, jak ufam, odzyskałam zdrowie po kilkunastu latach nieuleczalnej według medycyny choroby. Do tej pory pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego Wicek „przyłączył się” do ekipy „spuszczającej” mnie przez dach do Jezusa. Przyszedł jak do chorych, których odwiedzał z kapłańską posługą, kiedy był wikariuszem w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Toruniu, jak do umierających na tyfus w Dachau. W tej parafii znacie dobrze życie Wicka, wiecie o Nim bardzo wiele. To jest piękne, że od wielu, wielu lat tak żywo uczestniczy On w życiu Waszej parafialnej wspólnoty. Może nawet nie wiecie jak bardzo… Tak jak ja nie wiedziałam, że pewnego dnia podniesie mnie z łoża choroby i stanie się kimś najbardziej bliskim. Kimś, kto wnosi Boże światło w najtrudniejsze chwile mojego życia. Święci nie są po to, żeby ich kopiować. Oni pokazują, jak osiągnąć pełnię, dla której każdy z nas został stworzony, jak odnaleźć swoją własną drogę, swój własny sens. Sens wśród słabości, wśród przeciwności, wśród obezwładniającej bezradności. Dla Wicka to właśnie było drogą świętości. A dla Ciebie? Dla mnie? Nigdzie indziej, jak właśnie przez Twoją i moją codzienność prowadzi droga, na której miłość Jezusa na mnie czeka…

Wstań, weź swoje łoże i idź do domu…

Skoro Jezus powiedział wstań i idź – zatem idę. Idę z „łożem” świadectwa tego, co Bóg uczynił już przeszło 28 lat temu. Kiedy wspominam tamte chwile nachodzi mnie wielkie zdumienie każdym stawianym krokiem. Dziewięć miesięcy po „wstaniu”, które miało miejsce 10 grudnia 1998, wstąpiłam do Karmelu (7 września 1999). Nie wiem, która klauzura jest większym wyzwaniem – czy ta, w której wbrew mojej woli zamknęła mnie choroba, czy ta, której próg z własnej woli przekroczyłam wstępując do Karmelu. Ogólnie wszędzie chyba chodzi o to samo – dać się nieść Jezusowi, dać się nieść naszym bliźnim, dojrzewać do wewnętrznej wolności wbrew wszystkim zewnętrznym przeszkodom. Z poziomu noszy wszystko wygląda inaczej – wiem, bo sprawdzałam nie raz. I fizycznie będąc niesiona i w przenośni. Paralityk z Ewangelii mógł przeżywać chwile grozy, gdy tych czterech taszczyło go na dach. Dla nich to mogło wyglądać banalnie prosto. Dla niego niekoniecznie. Ale „zlądował” przed Jezusem i dzięki spotkaniu z Nim, odnalazł drogę do domu. Pewnie nie raz czuł się jeszcze duchowo „sparaliżowany” i bezradny wobec kogoś czy czegoś. Ale wiedział KTO jest DROGĄ, po której na nowo wróci do DOMU….

                                                    s. Maria Joanna od Jezusa Eucharystii

 



PORZĄDEK  WIECZYSTEJ  ADORACJI  NAJŚWIĘTSZEGO  SAKRAMENTU  W  PARAFII  NAWIEDZENIA N.M.P.  W  JASTRZĘBIU.

ŚRODA  14.05.2025 r.

GODZINA          

18. Msza Św. i NABOŻEŃSTWO MAJOWE

19-20. – RADNI  PARAFII

20-21. – AKCJA  KATOLICKA

21.-22. – SOBIESIERZNO

22.-23. – DZIERŻNO

23.-24. - GORTATOWO

24.-1.   - JASTRZĘBIE - od szosy do remizy.

1.-2.     - JASTRZĘBIE - pozostali.

2.-3.     - KOMOROWO - strona lewa.

3.-4.     - KOMOROWO - strona prawa.

4.-5.     - BACHORZ

5.-6.     - PRZYDATKI

6.-7.     - SKROBACJA

7.-8.     - GOŁKÓWKO

8-9.     -SOKOŁOWO.

9.-10.  – ŻYWY RÓŻANIEC Z SOBIESIERZNA

10.-11. – ŻYWY RÓŻANIEC Z GOŁKÓWKA

11.-12. – ŻYWY RÓŻANIEC Z BACHORZA

12.-13.   – ŻYWY RÓŻANIEC Z JASTRZĘBIA

13.-14.  – ŻYWY RÓŻANIEC GORTATOWA

14.-15. – ŻYWY RÓŻANIEC Z PRZYDATEK

15.-16. – ŻYWY RÓŻANIEC Z KOMOROWA

16.-17. –STRAŻACY, KOŁA GOSPODYŃ WIEJSKICH.

17. – 18. – DZIECI PIERWSZOKOMUNIJNE Z RODZICAMI

 


Jastrzębie 7
564955802 501969555